Pierwszy koncert
Autor: eddina
Kaizers Orchestra, Maskineri Tour - 29 lutego 2008, Arenum, Bergen
Dopiero co wróciłam z koncertu i jako że niezbyt chce mi się spać, piszę dla Was szybką,
jeszcze ciepłą relację z mojego pierwszego starcia oko w oko z Kaizers Orchestra.
Nie tylko dla mnie ten koncert był pierwszy, występ w hali targowej Arenum w Bergen
był też pierwszym w tourne promującym najnowszy album zespołu, „Maskineri".
Nie byle jakie zatem było to wydarzenie – nieczęsto zdarza się chłopakom grać dla 3200 fanów,
którzy przybyli na tę okazję do Bergen z całej Norwegii, i nie tylko –
patrzcie: Wasz skromny wysłannik na dalekiej Północy;)
Ale po kolei. Jako samotna Polka na skandynawskim zachodnim wybrzeżu
nie miałam ochoty wybierać się na koncert również sama, dlatego też pokątnie wkręciłam się na
tzw. vorspiela organizowanego przez niejakiego Andersa. Na imprezie znów byłam wyalienowaną
cudzoziemką wśród chmary zupełnie obcych mi bergeńczyków, ale dzielnie stawiałam im czoła,
korzystając z okazji i wsłuchując się pilnie w dźwięki „Maskineri". Ze wstydem przyznaję,
że albumu jeszcze nie posiadam, ale to tylko kwestia dni. Poza tym nie muszę nikomu tej płyty chyba polecać
– niech wystarczą opinie niektórych fanów, że jest to najlepszy album chłopaków.
Bardziej szczegółowe recenzje – już wkrótce na kaizers.pl!
Ale wróćmy do rzeczy. Po vorspielu przyszedł czas na właściwy „spiel" –
w tradycyjnych bergeńskich strugach deszczu dotarliśmy pod Arenum,
gdzie na szczęście trzeba było tylko chwilę odstać w kolejce, żeby dostać się do środka.
Pierwsze moje wrażenie to lekki absmak związany z niedociągnięciami organizacyjnymi –
nie rozumiem jak można było nie utworzyć z tej okazji szatni,
i to w mieście słynącym ze swej mokrej pogody…

Na szczęście udało mi się ulokować wygodnie w dobrym miejscu – ani za blisko,
ani za daleko od sceny. Zaraz potem wkroczył na nią sympatyczny Islandczyk
(nazwiska nie pomnę, wybaczcie), który zaśpiewał trzy piosenki, m.in. cover „Billy Jean" Michaela Jacksona.
Publiczność przyjęła go ciepło, acz naprawdę ożywiła się dopiero podczas występu żeńskiego
kwartetu Katzenjammer, grającego wybuchową mieszankę folku celtycko-nordyckiego z rockiem.
Ciekawe dziewczęta, nie ma co, i do tego z jajem;)

Wreszcie nadeszła wiadoma chwila. Punktualnie o godzinie 21 światła przygasły,
a za sceną pojawił się majestatycznie napis Kaizers Orchestra. Z głośników wydobył
się poważny głos po angielsku zapowiadający nadciągającą muzyczną burzę…
Chłopaki zaczęli ostro od tytułowego kawałka z nowego albumu. Moim, i nie tylko moim, zdaniem,
„Maskineri" to jedna z lepszych piosenek, jaką kiedykolwiek napisali. Później zagrali „Bastard sønn",
a później… już nie pamiętam kolejności. W każdym razie, wiadomo, ludzie szaleli,
a ja nie mogłam wyjść z podziwu, jak dobrze Kaizersi radzą sobie na scenie.
Oczywiście, nic to nowego, ale tym razem mogłam przekonać się o tym sama.
Doprawdy, „Viva La Vega" i inne koncerty, które można w różnych miejscach w sieci zobaczyć,
nie przewyższają ani trochę poziomu, jaki panowie reprezentują na co dzień.
Ale dość tych banalnych stwierdzeń z mojej strony. Chociaż… cóż rzec mogę o muzyce,
co można o niej napisać, jeśli nie da się jej samemu usłyszeć.
Całość była jak zawsze perfekcyjnie dopracowana, proporcje między nowymi i starymi kawałkami zrównoważone.
Moją uwagę szczególnie przykuło wykonanie „Min kvite russer" – romantyczne duo
Janove i Geira naprawdę chwytało za serce;) Równie słodko zrobiło się podczas ballady „Den andre er meg",
w której Janove na scenie towarzyszyła żona Terje (eh eh, no niestety… nie tylko ładna,
ale jeszcze śpiewać umie:)) Poza tym oczywiście jak zawsze brawurowe „Resistansen" i
„Kontroll på kontinentet" oraz bisowe „Dieter Meyers Inst.", „Bøn frå helvete"
i „Bak et halleluja" nie zawiodły ani trochę. Było głośno,
spektakularnie, industrialnie, z dużą ilością uderzeń w beczki i felgi –
czyli tak jak na koncercie KO być powinno. W skrócie powiedzieć mogę tylko,
że przerwa od grania na żywo na pewno dobrze zrobiła zespołowi – Kaizersi są stuprocentowo przygotowani
do nowej długiej trasy, w której, przypominam, nie ominą tradycyjnie Niemiec,
ale również Czech – więc jeżeli ktoś nie wie jeszcze, czy wybrać się na koncert,
powinien jak najszybciej zacząć rozglądać się za biletami.

Dwugodzinny popis umiejętności Kaizers Orchestra jako najlepszego
live bandu na świecie zakończyły triumfalne polewanie szampanem publiczności
(przez chwilę wyglądało na to, że Janove nie radzi sobie z odbezpieczeniem butelki…)
i pożegnalne ukłony. Chłopacy wiedzą, że są najlepsi i nie muszą się tego wstydzić!
foto: festivalfoto.no, Helge Brekke
W GÓRĘ
Copyright © 2006. kaizers.pl. All rights reserved.