Kaizers Orchestra @Postbahnhof 28.11.2006. Berlin.
Naprawdę ciężko jest powrócić myślą do tego, co wydarzyło się 28 listopada w Berlinie.. A co dopiero to napisać! Żadna z nas nigdy nie czekała z takim utęsknieniem na żaden koncert, i zapewne żadna z nas jeszcze tak bardzo nie żałowała, że takowy się skończył =:-)
Od rana szwendałyśmy się po Berlinie, podziwiając tłumy wysokich i przystojnych Niemców (może nie aż tak przystojnych jak Norwegowie, ale zawsze..), robiąc sobie wesołe zdjęcia z pomnikiem Marcina Lutra (niezbyt, prawda, fotogeniczny się okazał) oraz z wielkim gipsowym konikiem morskim (no tu już trochę lepiej).
Wcześniejszego dnia wieczorem, jeszcze w drodze do Berlina, ta nieduża, ale z pewnością nadrabiająca entuzjazmem reprezentacja kaizers.pl, w całej swej nieświadomości została zaproszona przez Susi S (przemiłą niemiecką kaizerfanką, zajrzyjcie na konzertjunkie.de) na wystawę do Muzeum Komunikacji, na której eksponatem miała być także pewna beczka z pewnego koncertu pewnego zespołu...

Po przybyciu około 15 na miejsce spotkania rychło okazało się, że wcześniejsze niejasne i podejrzane pogłoski o wizycie Kaizersów w tym szlachetnym przybytku były jak najbardziej prawdziwe! Najwyraźniej pechowcami, którzy wyciągnęli najkrótsze słomki byli Janove i Helge, albowiem to oni zaszczycili nielicznych zebranych swoją (postawną, wysoką i oszałamiająco przystojną) obecnością, zamiast beztrosko szwendać się po stolicy Niemiec i popijać wesoło Berliner Pilsner, co zapewne zrobiła cała reszta mafii. Ehmm.. W każdym razie ja osobiście dowiedziałam się o przybyciu dżentelmenów w garniturach, gdy pudrując nosek gdzieś w podziemiach usłyszałam opętańcze wrzaski dobiegające z holu (poziom wyżej, dzieliła mnie od niego pokaźna klatka schodowa). Z późniejszych relacji wynikało jasno – moje towarzyszki spostrzegły Kaizerów, gdy ci w przeuroczo skamieniałych pozach przyglądali się wirującym po holu Muzeum, piszczącym i migającym przeróżnymi światełkami robotach a’la R2D2. Może to i dobrze, że tego nie zobaczyłam, bo jeszcze umarłabym z zachwytu..

Gdy pozbierałyśmy do kupy swoje roztrzęsione nerwy, drżące dłonie (rozbiegane oczy ;), zaczęłyśmy się wspinać po majestatycznych marmurowych schodach. Po kilku pomyłkach co do sal znalazłyśmy wystawę, mieszczącą się w trzech sporych pomieszczeniach. Kilka głębszych oddechów i weszłyśmy do środka. Niestety okazało się, że nikt nie pomyślał o umieszczeniu napisów w języku angielskim, tak więc oglądałam zawartości gablotek dość pobieżnie (jednak od czasu do czasu błyskotliwa dedukcja pomagała mi w zorientowaniu się, czym jest dany eksponat – na przykład w przypadku kremu do rąk Neutrogena czy też norweskich strojów ludowych, jednak co do niektórych byłam pewna, że nawet zrozumienie podpisu nie byłoby zbyt pomocne przy próbie zrozumienia przesłania).
Podczas tej raczej powolnej wędrówki nagle po drugiej stronie jednej z gablotek z prześwitem w środku mignęła mi twarz Helge, uważnie studiującego podpisy pod eksponatami. To cud, że nie padłam zemdlona na posadzkę! (Bo przecież ja wrażliwa jestem!) Nie dość, że czyjaś głowa wychynęła znienacka po drugiej stronie szybki, gdy w cichej muzealnej atmosferze kontemplowałam wystawę, to jeszcze był to sam OMEN!
Chwilę potem w następnej sali dostrzegłam Janove, zresztą najwyraźniej on też mnie zobaczył - śmieszne to było uczucie, bo nie wyglądałam na specjalistkę od stosunków niemiecko-norweskich studiującą uważnie wystawę ;) ale oboje udaliśmy, że wcale nie wiemy, że jestem jedną z tych zdesperowanych fanek, które przybędą za ukochaną KO nawet do muzeum i kontynuowaliśmy oglądanie wystawy. Zresztą wkrótce postanowiłam działać – wyszłam do holu i zadzwoniłam do Susi, okazało się, że niemieccy fani nadciągają! Po około piętnastu minutach na wystawie zrobiło się nieco tłoczniej – ale i tak liczba osób nie przekroczyła dwudziestu przez całe to spotkanie. Zresztą szybko wyszło na jaw, że nie ma nikogo, kto by wiedział, co ma się dokładnie stać, z panami w garniturach włącznie. Po jakimś czasie luźnych rozmów (właczając to moje wyszeptane pobladłymi wargami ‘hi’ w stronę Janove i jego przeurocza i uśmiechnięta, acz nie bardziej elokwentna odpowiedź – ‘hi’ =;-) i oglądania wystawy muzyków przejęli dziennikarze i przeprowadzili z nimi kilka wywiadów. Następnie odbyła się krótka część oficjalna poprowadzona przez pani kustosz muzeum, podczas której miałyśmy okazję (a szczególnie ja, jako osoba zupełnie nie znająca niemieckiego, móże oprócz ‘ja, ja’ i ‘danke’) poczuć bratnią więź z Kaizerami, którzy słuchali tej przemowy z ogromnym zainteresowaniem, lecz równym co my niezrozumieniem.

Albowiem, co wie każdy przykładny Kaizerfan – w KO językiem niemieckim posługuje się tylko Geir. Także zgodnie pouśmiechaliśmy się i pokiwaliśmy głowami, Waji twierdzi nawet, że Janove dyskretnie je obserwował i chyba nawet poczuł ulgę, że nie on jeden nic nie rozumie, ale ja tego nie potwierdzam, bo stałam tuż obok jego prawego ramienia, wiec trudno mi było wyczytać cokolwiek z jego twarzy =;-)
Po tym oficjalnym wstępie odbyła się sesja zdjęciowa Kaizersów z ich słynną beczką, na którą załapał się także nasz fan-team. I tu znów zasługa Susi S – jej okrzyk „Teraz zdjęcia z polskimi fanami!” zaowocował nie tylko pamiątkowymi ujęciami (oraz okazją do zdeptania boskich butów Janove, której nie omieszkałam wykorzystać, a nawet zostałam za to przez niego przeproszona.. - -‘’), ale także pojawieniem się swego rodzaju polskiego motywu, który przewijał się do końca dnia, a nawet trochę dłużej.
Około 16 Kaizerzy ulotnili się i cała grupa zaczęła się przerzedzać, jednak my spędziłyśmy kolejne pół godzinki na miłej rozmowie z Susi, częścią ekipy z kaizers.de, między innymi Shirin, a także niesamowicie pełną poświecenia norweską kaizerfanką w dość poważnym już wieku ;)
Po takich przeżyciach musiałyśmy złapać drugi oddech, wiec wyskoczyłyśmy do pizzerii na hawajaską, pepperoni i lampkę wina („MUSZĘ się czegoś napić!” *drżące ręce*), a potem wyruszyłyśmy w stronę Postbanhof, po drodze przyglądając się uważnie West Side Gallery. Przybyłyśmy jako pierwsze - około 19, a więc teoretycznie dwie godziny przed czasem, ale już po chwili zaczęli się pojawiać niemieccy kaizerfani (m. in. miałyśmy okazję poznać Leah, przemiłą Niemkę o polskich korzeniach).
Gdy ok. 20 drzwi otworzyły się, do środka wlał się niezły tłum. My oczywiście szybciutko przemknęłyśmy przez bramkę i poleciałyśmy zająć sobie miejsca tuż pod sceną (first row pussies, aye! *gg*). Rozpoczęło się czekanie.. I tu znowu ujawniło się moje wyczucie czasu, albowiem poszłam do baru zakupić co niego do picia dla nas wszystkich i własnie gdy wracałam, pod sceną przekradali się dyskretnie Kaizerzy! Zdołałam zobaczyć jedynie przemykającego Terje, przecież dobro niesionych napojów orzeźwiających było w tym momencie ważniejsze od podbiegania do sceny :) Podczas ich sączenia, w czasie gdy Kaizerzy robili się na bóstwa, prowadziłyśmy luźne rozmowy i obserwowałyśmy scenę przystrojoną lampkami choinkowymi, na której porozkładane były przeróżne zadziwiające rekwizyty.. Po chwili wkroczyli na nią bracia z HGH, i wszystko stało się jasne! Uraczyli nas sporą dawką przedziwnej muzyki, w której harmonijka, kolorowe mini gitary basowe (każda o przepięknym imieniu) oraz banjo grały główne role obok wielkich okularów przeciwsłonecznych, modelu głowy Busha (pustej w środku) oraz szczura z majtającym się ogonem. Szczególne wrażenie robiło mistrzowskie wykonanie hymnu Stanów Zjednoczonych, z maestrią zagrane na piszczałkach wsadzonych w... dziurki od nosa!
Po tej energetyzującej rozgrzewce chłopcy z HGH zebrali swoje rzeczy ze sceny (a było tego sporo ;) i po dwudziestu minutach na scenę wkroczyli boscy Norwegowie.

Ach, cóż się nie działo na tym koncercie! Dość powiedzieć, że nie pomnę kolejności piosenek (wszystko jest na setliście, ale żeby NAUSZNIE pamiętać, to nie ;).. W każdym razie gdzieś po trzeciej, czwartej piosence Szakal zrobił nam miłą niespodziankę, gdyż nagle głośno zapytał publiczność, czy na koncercie jest ktoś z Finlandii.. A my już wiedziałyśmy, jakie będzie pytanie ;) Po euforycznej odpowiedzi blond kaizerfanki i po wykrzyczeniu przez nią na prośbę Janove kilku fińskich słów, boski Norweg zawahał się.. „Is there anyone..” – to napięcie mało nas nie zwaliło z nóg! ;) Ku naszemu zdziwieniu do akcji wkroczył Terje, kończąc donośnie zaczęte przez Janove pytanie: „..from Poland?!!”. My dzielne, polskie first row pussies zareagowałyśmy oczywiście dzikim wrzaskiem, a Kaizerzy przygladali nam się niczym zwierzątkom w klatce. Po chwili Janove poprosił nas o powiedzenie czegoś po polsku i podsunął zamaszystym ruchem mikrofon Sylwii. Ta, osłupiała, dopiero po chwili wykrzyczała „Dzień dobry!!!”, w których to banalnych słowach zawarła tyle absolutnego szczęścia i wniebowzięcia, że byłyśmy z niej naprawdę dumne.

Przez jakiś czas koncert toczył się normalnym trybem (a każdy porządny kaizerfan wie, jak nienormalny jest normalny tryb kaizerowy xD), czyli mnóstwo było klaskania, wrzasków, podśpiewywań, a cała przednia część publiczności to chwiała się ekstatycznie, to odprawiała szaleńcze pogo, a Kaizerzy szaleli razem z nią. Nie obyło się bez wskoczenia Janove na barierkę, niestety Terje nie odbył biegu przez widownię (scena była bardzo wysoka, zreszta barierka także), przez co przeżyłam dwa dni później poważne załamanie nerwowe (kiedy uświadomiłam sobie, że straciłam tak piękną szansę na to, by mi skradł całusa..xD) Ekhm... ale do rzeczy... Wątek polski powrócił gdzieś w połowie koncertu, kiedy w przerwie Janove (jak to Janove) zaczął dosć surrealistyczną półdyskusję z widownią (a może raczej trzy czwarte monologu), i nagle ni z tego ni z owego oświadczył, że zna polski! Z prawdziwą dumą powiedział „Na zdrowie na budowie! What does it mean?” A my totalnie zdębiałyśmy, a potem zaczęłysmy zwijać się ze śmiechu... Zanim zdołąłyśmy wyartykułować coś sensownego, widownia się rozszalała a Helge i Rune zaczęli grać następną piosenkę xD

Kiedy Kaizerzy doszli do Kvite Russer (według setlisty 12 utwór, no cóż, trzeba jej wierzyć, hm, na słowo ;), widownia pozbyła się już wszelkich hamulców, więc znane już wszystkim obeznanym z tym, co działo się na Grand Finale Tour chóralne śpiewy wyszły przecudownie! Dla tych, którzy nie bardzo wiedzą o co chodzi: Janove odśpiewał piosenkę, a potem zamienił się w swoje demoniczne alter ego – w Maestro i zabawa się zaczęła. Panowie śpiewali nisko i przejmująco backgroundowe lalalalaa, a panie wysoko i kwicząco xD „kvite! kvite! russeeeer..!”. Gdy Szakalowi spodobał się efekt, machnął ręką dając nam do zrozumienia, że mamy śpiewać dalej i dołączył do odpoczywających już od jakiegoś czasu goldenkaizerboys ;) Pojawił się Elvis z tacą z sześcioma kuflami wypełnionymi (jestem tego pewna!) Berliner Pilsner, po czym Janove rozsiadł się na ‘Tarjowej’ beczce, czyli tuż przede mną, od czasu do czasu nonszalancko machając ręką lub majtając nogami w takt melodii xD (Ta chwila odpoczynku była także idealną okazją do kontemplowania widoku Terje palącego papieroska, ahem, eeeerrrm, to znaczy, co to ja?.. acha). Po chwili zresztą Janove wstał i zaczął rozmawiać z Rune, patrząc na widownię z bezczelnym uśmiechem ’tak-obgadujemy-was!’, a potem już wprost na nasz mały polski kaizerfan-team. Rune pokiwał głową i rozpromienił się, po czym podszedł do nas i uścisnął nam po kolei ręce! To było strasznie miłe xD
Co tam jeszcze... Ach, ja osobiście zapamiętałam moment, w którym Terje przy końcu z którejś z piosenek porzucił gitarę, a złapał się za szmatę. Dzielny Kaizer zaczął wycierać podłogę przed stanowiskiem Rune, na stojąco, tyłem do publiczności, na dodatek w takt muzyki. Całkiem ładnie wywijał tym swoim.. kawałkiem szmatki.. xD xD Nie dziwcie się wiec, że nie pamiętam, co to za piosenka była xD Nie sposób nie wspomnieć tu także o przeuroczym Geirze, który za każdym razem, jak Kaizerzy schodzili ze sceny, z nieśmiałym uśmiechem na ustach machał widowni lub puszczał jej buziaka w powietrzu, zdaje się, że za ostatnim razem Helge musiał go ze sceny ściągać, bo tak się chłopak rozochocił xD

Tak gwoli podsumowania koncertu dodam tylko tyle: Kaizersi zagrali w sumie 20 piosenek, a więc więcej nawet, niż w swojej ukochanej Kopenhadze na początku grudnia. I mimo, że początkowo widać było, że nie liczą na zbyt wiele w Berlinie, i że chyba są dość zmęczeni, to ewidentnie się rozkręcili i jestem pewna, że widownia nieźle ich zaskoczyła!
Po koncercie nastąpiło tradycyjne polowanie na setlisty, kilka pamiątkowych zdjęć z Susi.. A potem poprawki kosmetyczne i szaleństwa zakupowe na merchstandzie, oto wreszcie mogłyśmy zdobyć wszystkie boskie albumy Kaizersów, i to otrzymując resztę z rąk samego Helge xD Po jakimś czasie zresztą reszta boskich Norwegów zaczęła się powoli schodzić. Ku naszemu zdziwieniu absolutna większość ludzi zniknęła tuż po koncercie, tak, że zostało może z 50 osób, nad czym nie rozpaczałyśmy, bo stwarzało to doskonałą okazję do porozmawiania z Kaizersami.

Nie zawiodłyśmy się zresztą, okazali się czarującymi ludźmi, wyjaśniłyśmy im tez kilka spraw (na przykład, że Warszawa wcale nie jest dalej od Berlina niż Norwegia - ale i tak wydawali się być pod wrażeniem tego, że przyjechałyśmy), zrobiłyśmy sobie pamiątkowe zdjęcia, pozbierałyśmy autografy.. Najmniej kontaktowy (na moje oko – na wpół przytomny po tym, co wyprawiał na scenie) wydawał się Janove, jednak już pod koniec spotkania okazało się, że to faktycznie tylko zmęczenie..

Bowiem, gdy poprosiłam go o (jeszcze jedno, po muzeum ;) zdjęcie ze mną, przeskoczył w tym celu stół, odgradzający merchstand od publiczności xD Dobrze, że nic mu się nie stało, bo chyba ledwo trzymał się na nogach, miałabym wyrzuty sumienia.. Ale zdjęcie wyszło boskie oczywiście xD

Gdy już obsługa wyganiała fanów i muzyków z sali, Geir na odchodnym odwrócił się w naszą stronę. Z naszej grupki przodem do niego stała tylko Waji, więc uśmiechnął się do niej, pomachał i powiedział tym swoim ‘nieśmiałym’ tonem ‘bye!’. Rozpromieniona Waji odwdzięczyła mu się tym samym... I na tym zakończyło się nasze spotkanie z Kaizersami w roku pańskim 2006. Co przyszłość przyniesie – zobaczymy..
Tekst:nyelle
Foto: nyelle, Waji
W GÓRĘ
Copyright © 2006. kaizers.pl. All rights reserved.